Najdrożsi z drogich / tanich – do wyboru 2009-02-25 19:15:51

Piszę do was ja, najtańsza z droższych (nie wiem, naprawdę, biję się w pierś, nie wiem o co mi chodzi. Za dużo Queneau – w tym, kochana warszawska Marto P. – przeczytałam – taka mała dygresja „Dzieła zebrane Sally Mary”. Co za lektura! Ta część irlandzka może nieco gorsza, mniej zrozumiała w warstwie politycznej, za to wcześniejsza… płacz, zgrzytanie zębów. Zjadłabym tę książkę jakby to mi mogło w czymkolwiek pomóc). Po dygresjach – piszę do was (o, znowu zaczynam!), bo nikt, ale to nikt już nie pisze do mnie (no dobrze, z małymi wyjątkami i dla wyjątków wyjątkowe :*)

- podejrzewam, że to niepisanie ma związek z tym, że moje odnalezione czy podejrzane teksty okazały się tak nieprzyjemnie grafomańskie, że wstyd mnie znać.

- Wstyd ją znać – mówi marketing szeptany.

- Wstyd ją znać – mówią dawni przyjaciele.

Co za wstyd!

Upiłam łyk herbaty. Tak, to herbata, nie ma wątpliwości. Po cichu marzę o Martini, czerwonym i słodkim (takim, jakie piłam na dwa dni przed Walentynkami z mamą). Po cichu marzę też o innych rzeczach, ale po cichu, bo na głos to mogłoby być naprawdę żenujące.

Co u mnie? Rozwijam własne zainteresowania (i cudze również, ale te jedynie w celach zarobkowych). Piszę, piszę i piszę, raz po raz bluzgając, nienawidząc się z każdym dniem mocniej. Ale po cóż o tym pisać?

Mój towarzysz podróży, kwiat, kwitnie mi tutaj powoli. Dziwne, doprawdy zjawisko. Wczoraj ulepiłam z dziewczynami bałwana, a później uparły się, że moja napoczęta konstrukcja igloo to ubikacja. Ma się tę wyobraźnię, nie ma co. Bałwan ten był pierwszym profesjonalnym bałwanem (marchewka, dwa kawałki węgla za oczy, kilka dodatkowych na guziki) od lat. Dawno już nie lepiłam, jak również: dawno już śnieg nie lepił się tak wyśmienicie.

Jakie ciekawostki? Może małe kalendarium planowanych wizyt? Rzeszowskie dzieci nacieszą się mną w kwietniu, a po sierpniu przypuszczalnie będą miały mnie dość. Wrocław to cel majowo-czerwcowy, Kraków, wiadomo, co dwa tygodnie rzut beretem. Za to stolica, niestety (tu znów do Marty warszawskiej) – nie zapowiada się, oj, nic. Czarne barwy kreślone mocną czernią. Za to zawitam w lipcowym początku, tradycyjnie, na festiwal muzyczny na O. Liczę, że spotkam tam na przykład zaginione dziecko J., jak i dziecko A. A być może i cukrowa laleczka, po ostatnich deklaracjach, pojawi się wśród fal, ta syrenka.

Ok. Miesza mi się w głowie. Szukam wymówki, żeby nie pracować. Nie pisać o kokardzie, nie pisać o tajnym projekcie, nie pisać sztuki (nieakceptowanej przez środowisko profesorskie), nie pisać wierszy (oj, poleciałam, poleciałam, jak tak dalej pójdzie zobaczę cień). Wiem, powinnam być bardziej sumienna i przy tym bardziej awangardowa, i – jeszcze na dodatek – mieć dużo, dużo więcej czasu. Za to, przypuszczalnie, na pocieszenie sobie napiszę i podzielę się tym z wami – od dzisiaj będę mieć odkurzacz, bo po tym, jak zepsuł się miesiąc temu, musiałam zmiatać taką zwykłą szczotką, która to obłazi w kłaki i trzeba to ręcznie wyciągać, dotykać tego i później myśleć: o, to wcale nie było takie straszne, ani obrzydliwe.

O, życie wcale nie jest takie straszne, ani takie obrzydliwe.

Nie powiem jakie tymczasowo mi się wydaje, bo to by była depresja.

Podnieście się (na duchu). Zróbcie to lepiej niż ja.

Salut!

:*

KKEO

skomentuj (0)

Rozterki na drobnym siteczku 2009-01-25 23:16:43

Drodzy, drożsi, najdrożsi!

W nastroju bałaganu, chaosu, który staram się kontrolować (bez większych rezultatów i sukcesów) postanowiłam złożyć sprawozdanie z mijającego miesiąca Stycznia, który okazał się depresyjny w kolorycie, zgryźliwy, oschły i uparcie bezsenny. Bezsensowny jednym słowem? Może nie, może nie.

Ostatnio ćwiczę się w niepochopności, przemyśleniu, skrupulatnej analizie. To z kolei zaprzecza mojemu nastawieniu wobec własnego pisania, z którym postanowiłam się za nadto nie cackać, co nie do końca mi wychodzi. Innymi słowy, troszkę wariuję, tracę grunt pod nogami, palą mi się końcóweczki rzęs (i tak dalej, i tak dalej).

Powinnam postanowić: jestem żołnierzem, to jest wojna, to jest walka, to jest bitwa! Cóż z tego, skoro jestem największym tchórzem we wszechświecie? My, tchórze, zaczynamy właśnie tracić sierść, bo, być może mylnie, zakładamy, że idzie wiosna.

Może to faktycznie depresja z niedostatku światła? Za mało słońca, za mało ruchu, za dużo wariacji, synonimów, zdań, rozdrapywania ran, krwi.

A teraz spokojniej:

Pierwszy dzień Nowego Roku spędziłam aktywnie pisząc i czytając (nie tylko tchórz, ale i nudziara!). Improwizowałam z moją kochaną rodziną, w skromnym, bardzo skromnym składzie. Przy tym wieczorem spotkałam się z uroczą istotą (którą w tym miejscu przepraszam za moje piątkowo-sobotnie fochy i psucie nastroju, jednocześnie chciałabym złożyć podziękowania „całuję rączki” za śpiwór, tej drugiej w sumie też dziękuję, a niech stracę, za ten podstępny pocałunek już po czwartej), jesteśmy więc sobie przeznaczeni (czy tego chce czy nie) na całe te dwanaście miesięcy!

Pierwszy tydzień Nowego Roku zakończyłam czymś w rodzaju wybuchu histerii. Chodziłam jak upiór i chlipałam w rękaw. Przeklinałam przy tym jak szewc, wracając do najlepszej formy, jeszcze z 98. Rozweselił mnie nieco zjazd, na którym popisywałam się tekstem, z całkiem zadowalającym skutkiem. Późniejsze dni przynosiły tylko rozczarowanie sobą i myśli, niecierpliwe, palące: co dalej? Co dalej? Co dalej, cholera, obywatelko?

Przestałam sypiać. Zaczęłam rzucać się w pościeli, wzdychać, płakać w poduszkę z bezsilności. Nawet idea drzemek paliła na panewce (to brzmi jakby się tu ktoś napalił, i być może tak było, antropomorfizując poduszkę. Zdarza się). Zaczęłam obsesyjnie wypatrywać ratunku wśród baranów, ale źle reaguję na głupotę. Nic, a nic. Znieczuliłam się i na alkohol. Wiem, to takie nieprawdopodobne.

Kolejne dni przywiodły mnie do Rzeszowa, gdzie odstawiłam mały performance, składający się głównie z przekleństw. Ta improwizacja pierwszego stycznia, jak teraz się okazuje, to był dość niebezpieczny pomysł. I w rodzinnym mieście snułam się po kątach, niedospana, zobojętniała na wszelkie warunki. Zaraz też pochorowałam się ślicznie i w lekkiej nieprzytomności spędziłam dwa dni w łóżku, z gorącą herbatą, tabletkami, pisaniem absurdalnie beznadziejnej recenzji na zajęcia, i dwóch utworów krótkich, z których jeden, drogą eliminacji, ma trafić na zajęcia z prozy. Opowiadania lada dzień rzucę części z was na pożarcie (części, bo zrobię to na chybił trafił), prosząc o wybranie z dwojga złego.

Tutaj jeszcze wtrącę, że trzeci raz chybił trafił chybił. A napisali mi wyraźnie w horoskopie, że w 2009 roku warto mi grać w gry losowe. Jak na razie nie warto, bo straciłam 6 złotych. Zdziercy.

Leżałam więc chora i udało mi się nawet coś pospać. Kto by pomyślał, że choroby mają jakieś zalety. Oczywiście, moje łóżkowe podejście zaraz postawiło mnie na nogi, z całą moją wierną bezsennością.

I teraz ostatni zjazd, w ten finalizujący się właśnie weekend. Sobota po, kiedy, w stanie ponownie chorym, powróciłam do lasu, do łóżka, grzeczna i posłuszna. Z szaliczkiem, herbatą, sokiem malinowym i imbirowym, naprzemiennie. Teraz pomyślałam, że normalnie nie z herbatą bym mieszała, a z piwem. Jak widać, człowiek ewoluuje, zmienia się, czy na lepsze czy gorsze, nie mi to oceniać. A może: nie chce mi się oceniać.

Moi drodzy, piszę więc. Cały, calutki czas piszę, nienawidząc tego, co napisałam. Podnoszące na duchu uczucie, nie ma co.

Moja zabawa w literata przedłuża się wraz z umową zawartą z tutejszymi mieszkańcami. Planuję spędzić w lesie najbliższe pół roku, tym bardziej, że pracy nie ma nigdzie, poza mazowieckim. W sierpniu zaś raz jeszcze zagram w moją rosyjską ruletkę (wersja bez amunicji). Co mi się marzy, to już zostawmy. Czas wracać do lektur i planu, którego kryptonim tymczasowo pozostaje tajny. Życie, dzieci, nie jest nowelą, a zagadką właśnie.

Bez rozwiązania, mam nadzieję, w najbliższym czasie.

Tak, wiem, jakikolwiek optymizm w moich słowach brzmi jak ironia. Tym razem bez ironii: gałęzie zostawmy drzewom.

Błogi, cudowny zachwyt. Rozwiązanie: olejek lawendowy.

Kocham olejek lawendowy.

 

Całuję was i pozdrawiam,

sentymentalno melancholijnie naiwna KKEO

skomentuj (0)

Hormony po rzeszowsku 2008-12-22 00:21:57

Pomyślałam, że tę chwilę, jak żadną inną, warto przepędzić na moje uparte bazgroły. W różówopomarańczowej atmosferze opuszczonego zwykle rzeszowskiego pokoju, w szaroburych szmatach (koloryzuję) i nieporządku, zbieram siły, wyczerpane ostatnio w stopniu wręcz karkołomnym.

 

Przy okazji układam rozliczeniową składankę najlepszych piosenek 2008 i tworzę obraz samorozwoju (zarówno intelektualnego, jak i codziennego, niehamowanego pięknienia). Ale dość słownych utarczek, policzków, podszczypywania mrozem, przyjacielskiego klepania się po pleckach. Rok 2008 okazał się dużo dłuższy od wcześniejszych, stąd nie jestem absolutnie pewna co do poniektórych utworów. Może jakieś wskazówki?

 

Ciekawe zjawisko, że wszelkie muzyczne powroty są już inne, niekoniecznie nawet dojrzalsze – ale piosenki, zdarte lata temu do mięsa, smakują dzisiaj inaczej, nieśmiało napiszę – lepiej. Czuję się lepiej, to już wiecie. To, nie omieszkam się nie podzielić, dobre, zdrowe uczucie.

 

Ostatni zjazd spędziłam w mgiełce lekko nieprzytomnej i nietrzeźwej. Tak wyszło, że koleżanka krakowska G., której szczerze nienawidzę (by, stopniowo, w miarę tracenia myśli i równowagi) kochać ją na nowo (a przy tym, w niewiadomym celu, próbując wmówić jej jedno lub drugie), spoiła mnie dżinem. Straszny to trunek, z pewnego względu inspirujący, ale o tym sza. Stłamsił mnie na cały piątek. Włóczyłam się więc jak półtrup siejąc zgorszenie i łypiąc tu i tam przekrwionymi oczyma. Zapewne wyglądałam jak zjawisko.

 

Że wspomnę tu jeszcze o słodkiej A.D., która, kryjąca się pod tym pseudonimem, dołączyła do grona dzieci, które bez konsekwencji karnych mogą dopisać sobie mgr przed nazwiskiem. Wczoraj, żeby daleko nie szukać, dopadłam ją podstępnie i wycałowałam. Nie moja wina, a jemioły, pod którą dziwnym trafem się zatrzymała (ta nieśmiała prowokatorka!). Moi drodzy, to jedyny taki czas w roku. Patrzcie nad głowę i szukajcie jemioły. Bezkarne całowanie nie zdarza się (a przynajmniej nie wszystkim) ot tak.

 

Wracając na moment do momentów muzycznych – właśnie słucham Becka Hollywood Freaks. Przyznaję, optymizm mógł mi po prostu wrócić właśnie z nim. Pesymizm również, jeśli się posłucha Nobody’s Fault But My Own. Chcę go na Open’erze! Podpiszę każdą petycję. Uroczy chłopiec.

 

Wracając do A.D. – mgr przyjęła odpowiedzialnie i trzeźwo. Pobiegałyśmy sobie po Krakowie przez mróz i noc, a później zrobiłam pranie mózgu jej przyjacielowi ze studiów, który, jak się wczoraj okazało, wyznał jej, że się mnie boi. Tu wpinam sobie order nr 1 nad pierś (nie w pierś, perwersy). Drugi czeka już, bo w wyżej wspomniany piątek, powróciłam tuż po północy, już z pozycji dyni, i zrzucając bluzkę przy obcym o pseudonimie Marek, wystraszyłam chłopaka. Powiedział mi prosto w twarz: - Boję się ciebie. – przypuszczam, zagubiony po wtajemniczeniu go w kwestie ściśle wiążące się z różnicami między płciami. Brawo dla niego za śmiałość i szczerość (szczególnie ta druga cecha staje się ulotna i bezcenna w naszym skomercjalizowanym, brudnym świecie, gdzie ludzie, z własnej, nieprzymuszonej woli, przyjmują kształt rodzimych, zaniedbanych, drugoplanowych dróg). Order nr 2, jak znalazł, idealnie pasuje do orderu nr 1. Postanowienie noworoczne: zdobyć wiele, wiele odznaczeń i tym samym stać się amerykańskim oficerem. To jeden ze szczebli, które należy pokonać w karierze astronauty.

 

Na piątkowych zajęciach omawialiśmy strukturę pończochy, ucząc się wciąż opisu fenomenologicznego. Przeszliśmy też w opisy krajobrazu i miejsca, czyli powieściowe tło – to, co służy wypychaniu treści, przekładając się na zapisane strony i przydając książce pewnej godności (im grubsza tym większy respekt). Opisy Stasiuka, z jednej strony dość nużące, bo wałkowane wcześniej przez studentów UWr, z drugiej, właśnie przez to wałkowanie, na moment przeniosły mnie na nasze zajęcia z reportażu. Zatęskniłam, popatrzyłam na koralik, zatęskniłam raz jeszcze i wróciłam do siebie. Wrocław kusi, nie przeczę, za to powstrzymują koszty. Nie wiem kiedy uda mi się wyrwać, tu też troszkę zależy od Cukrowej Laleczki, która ma zawitać tam po papiery. Nie ukrywam, że chętnie przejmę rolę jej giermka czy też osoby zwanej eufemistycznie towarzyszem podróży.

 

W sobotę, po słodkich 4 godzinach i 44 minutach snu, podreptałam potulnie na kolejne zajęcia. Tu wspomnę tylko o analizie nowej Tokarczuk na zajęciach z krytyki literackiej. Uwolniony alkohol, parujące cząstki, fantomy upodlenia, jakieś zatarte jego niewidzialne już granice, pozwoliły mi wtrącić swoje boskie trzy grosze. Przyjęłam więc wywód, że podróż wcale nie jest poszukiwaniem siebie, sprawdzaniem własnych możliwości – a odwrotnie, ucieczką. To takie zacieranie rysów, konturów, które mogłyby nas określić. Nie ma nas, nagle, tylko rozpływamy się, rozchodzimy w czasie jak płatek śniegu w ręku. Patrzymy wstecz i nie poznajemy samych siebie, jesteśmy kimś innym, a tamten ktoś, tydzień temu, miesiąc, dzień, budzi naszą litość, współczucie, zażenowanie. Starzejemy się i tylko po tym poznać upływ czasu, bo – jak pisał wspaniały Rilke – jeśli nie jestem już tym, kim byłem wczoraj, nie ma mnie więcej, jestem kimś innym, nowym, nikomu nieznanym. Mam więc nowe rysy i cechy. Niewidoczne, bo, poza sobą, innych zapisujemy jak klisze. Może to właśnie przez tę trwałość, którą im wmawiamy, potrafią tak cholernie zawieść? A przecież są już inni, tylko nie chciało nam się tego zauważyć.

 

Przyznaję, popłynęłam teraz troszkę. Na krytyce miało to węższy i skromniejszy zakres. Zwalmy to bezczelnie i bezmyślnie na przepicie, któremu poddałam się i wczoraj, zmuszona przez presję społeczną do dwóch piw i przypadkowych kieliszków wódki. Dość!

 

Analizując piosenki tego roku nie można zapomnieć o najnowszej płycie Coldplay. To nie moja opinia, a wzięta żywcem z EskaRock. Nie, nie słucham radia, nic się nie zmieniło w tej kwestii. Trafiłam na nie zupełnym przypadkiem, nie mogąc uwierzyć jakim językiem się posługuje, dlaczego, a przede wszystkim – dla kogo. Jestem zmanierowanym sukinsynem, przyznaję bez bicia. O telewizji zamilczę. Wystarczy że istnieje coś takiego jak świąteczna ramówka. Wracając zaś do Coldplay, płyta przeszła mi troszkę koło nosa, ponieważ gustuję teraz w mroczniejszych, bardziej wysublimowanych klimatach (jasne!) – więc godną zapamiętania uczynię piosenkę zatytułowaną słodko 42. I natychmiast tu przechodzę w 8:35 kapeli Death Cab For Cutie w kawałku I Will Possess Your Heart.

 

Chwila odpoczynku? Ależ skąd. Po wczorajszych zajęciach z całym ekwipunkiem (a że wyemigrowałam do Rzeszowa na czas do Sylwestra okazał się całkiem spory) przeszłam krakowski rynek, a później podróżowałam wraz z G. i A.D. w towarzystwie pionków o podejrzanych personaliach i mordach. Przy okazji przeglądałam zdobytą podstępem (za pierwszą skromną wypłatę z pracy nieformalnej) książkę Nowy przegląd sztuki współczesnej 81 artystów z całego świata. Fantastyczna publikacja. Tekstowo skromna, za to obfita w zdjęcia rozmaitych prac. Trafił się tam i nasz Sasnal (ten patriotyzm!), jak i Luc Tuymans, na którego wyciągnęłam słodkie dziecko Z. do warszawskiej Zachęty, kiedy to bawiłyśmy w stolicy z racji koncertu kanadyjskiej grupy Billy Talent. Tu szczególnie urokliwym kawałkiem wydaje mi się Prisoner Of Today. To był koncert roku, mimo Gdyni.

 

Tu też wspomnę o The Cure z udziałem A.D. i o tej chwili, kiedy Robert Smith, śpiewając The End Of The World patrzył mi prosto w oczy.

 

Odkrycie roku? Było ich tyle, że trudno się rozeznać. Muzyczne odkrycie roku? Niech będzie: Foals. Cała bezczelna płyta.

 

Po dotarciu na grunt rzeszowski i wypakowaniu się, zobowiązana do upodlenia, skromnie wypełniłam nadany mi obowiązek. Reanimację podjęłam więc dopiero dzisiaj, na własne nieszczęście, bo od jutra wypada wziąć się za świąteczne porządki i potrawy. W wolnych chwilach oddaję się pisaniu – wciąż. Ilość tekstów, które mam stworzyć, czy to w ramach zajęć, czy podjętych z własnej woli działań, jest oszałamiająca, stąd nie wiem kiedy znajdę chwilę, by napisać coś w ramach rekreacji, jak czynię to właśnie w tej chwili.

 

Dobrze, pojechałam po bandzie, a tak poważnie – rozwlekam się w nieskończoność (a to dopiero jedna osiemdziesiąta piosenek tego roku, bo przecież nie powiedziałam o Roisin Murphy, o Portishead, o Mars Volcie, o The Zutons). To straszne, że muszę sobie odmówić tej przyjemności ględzenia i wrócić do obowiązków (cudownie, że najbliższa komenda brzmi: spać. O ile nie lubię spać bo nie przynosi mi to obiecanej satysfakcji, dzisiaj wszystko co nie jest snem jest passe i niedobre, i nieładne, i wcale tego nie chcę, i nie chcę niczego innego). Ale tylko dzisiaj.

 

Na koniec życzenia – krótkie – bez rozwlekania się i wchodzenia w niuanse.

 

Kochani!

Z okazji świąt i zbliżającego się 2009 roku życzę wam:

Początków nie kończących się rozczarowaniem.

Efektownych i efektywnych (przejęte od B.) końców, przynoszących ulgę i wolność.

Fragmentów zapierających dech, po których oddech smakuje tylko lepiej i wyraźniej.

Wartych powiedzenia i usłyszenia słów. Niebanalnych zwrotów akcji. Nowych, wyrazistych, intrygujących bohaterów. Bajkowych ale prawdopodobnych rozwiązań.

Tytułu grzecznego/niegrzecznego dziecka (w zależności od frakcji, niepotrzebne skreślić)

I, oczywiście, odpowiedzialnego i przynoszącego ekstazę (za M.) autorstwa tego całego cholerstwa zwanego pieszczotliwie życiem.

Krótko czy rozwlekle, za to zawsze z kropką: zapisujmy się.

 

:*

 

KKEO

skomentuj (1)

Pozłotko 2008-11-26 22:22:31

Ha! Nie wiedziałam nawet, że takie słowo istnieje legalnie. Niezwykłe, doprawdy. Czuję, że je wykorzystam, choć wciąż nadużywam kolorów związanych z żółcią. Ale od początku…

 

Moi drodzy, ja tu próbuję wzruszyć wasze skamieniałe serca i nic. Człowiek się może tylko nabawić marskości wątroby (to słodki skrót myślowy, sugerujący, że żeby z wami porozmawiać musimy coś wypić. Chociaż tyle, że to nie ten etap, kiedy trzeba wcześniej.) Dobrze, wracając do konkretów – wczoraj zupełnym przypadkiem natknęłam się na dworcu rzeszowskim na dziecko o wdzięcznym imieniu na S. Świat jest taki malutki, taka z niego drobinka, któż by przypuszczał. To było urocze, naprawdę. Pomyślałam teraz, że jedyna nadzieja w PKP. Niestety, od początku listopada nie mam już tanich biletów, nigdzie. Nawet w galerii mi powiedzieli, że studia podyplomowe to nic i mam płacić cały. Zdziercy.

 

Zastanawiacie się pewnie co robiłam w Rzeszowie. Nic nie powiem, bo i nie ma o czym. W wolnym czasie (ha! Znów ten natrętny termin abstrakcyjny!) patrzyłam zdegustowana na babkę koszmar wprowadzając się w stan graniczny. W jednej dłoni trzymałam chochelkę, w drugiej blaszaną pokrywkę od garnka i kiedy z jej ust wypadały samogłoski biłam z całych sił. No dobrze, wygłupiam się. Wcale tak nie robiłam, ale myślę, że to dobry pomysł na przetrwanie świąt.

 

Jak już pewnie spostrzegliście – coś jest ze mną zdecydowanie nie tak. Otóż, uchylę rąbka tajemnicy – gorączka twórcza, która mnie ogarnęła zapiera mi dech i nie potrafię, od siódmej do północy, myśleć inaczej niż przy pomocy słów. To straszne. Cieszę się już na Andrzejki i dwa dni picia wódki. Może to recepta na wszystko? Panaceum to się zwie.

 

A teraz poważniej: ta powyższa narracja to wynik lektury francuskich eksperymentalistów (Robbe-Grillet, Queneau, Michaux) i związanych z ich twórczością zabaw konwencją (niech będzie: sensem). Cóż, Francuzom się ostatnio oddaję (może to z poczucia winy? Nie wiem). Mam gdzieś Francuzów! – powiedziałabym za Zazi, ale nie powiem, bo się w nich rozkochuję.

Dlaczego?

To jest fundamentalne pytanie. Nie odpowiem, nie mam ochoty.

Za francuzami nawiązuję kontakt z pejzażem, jestem szalona jak większość zbyt mądrych dzieci (i skromna, jak zawsze), dzieci są bez serca, wiadoma rzecz, a później publicznie mówię: na co dzień ludzie są głupi i smutni. Za to mnie w ostatnich tygodniach, przeliczanych już na miesiące dotknęła niewytłumaczalna łaska. O tak: Gadasz i gadasz, to wszystko co potrafisz.

 

Miałam napisać o minionych dniach, ale poza pisaniem i czytaniem (i ciągłą frustracją twórczą, koszmarem definiowania na nowo przymiotnika „kremowy”, wchodzenia dalej i zastanawiania się nad jego konsystencją) niewiele się dzieje. Studia są wspaniałe (i tu przejawiam jakże nietypowy dla mnie brak ironii). Są naprawdę inspirujące. Na swój sposób je kocham. Ale nie będę się rozpisywać, bo zbyt wiele tu niuansów, dygresji, szczególików, które należałoby powiązać, poplątać, pogubić itd. Dlatego zostawmy to.

 

Zastanawiam się co mogłoby was zainteresować. Za oknem mojej tymczasowej pracowni wciąż stoi las. Do twarzy mu w śniegu, przyznaję. Z kuchni, kiedy pieszczę naczynia nad zlewem, wyglądam sobie na koniki, podgryzające nieco zmrożoną trawę. Teraz pomyślałam, że to pokrewne dusze, które też są w stanie docenić smak lodów. Na parapecie suszą się kromki, dla tych stworzeń właśnie. Wstaję dzień w dzień o siódmej, zrywam się z niepokojem i rozczochraniem, sprzątam sobie tu i tam, załatwiam sprawy najwyższej wagi, a później z kawą (genialnie pyszną kawą z ekspresu, który jest już praktycznie moim adoptowanym dzieckiem numer trzy) siadam do pisania i staram się jak mogę. W chwilach przesytu, kryzysu, załamania, wątpliwości, krążę jak upiór, kroję cebulę, sięgam po magiczny program do obróbki zdjęć albo czytam. Wieczorami czytam jeszcze, dogorywam, czytam i czytam. Nie oglądam telewizji, nie jestem w stanie strawić gazety (ciekawe dlaczego), więc nie mam pojęcia co dzieje się tu i teraz. Za to grzebię się w przeszłości (na szczęście, już nie własnej). Po dziesiątej znów czytam i tak aż do północy, kiedy z pozycji aspirującego do bycia literatem zmieniam się w obły twór kryty kołdrą i kocem, bliski prostracji. Ziewam żałośnie, mlaskam, myśląc tęsknie o śniadaniu – i, wyrzucając sobie od idiotek, żeby w jakiś sposób się rozerwać - czuwam aż zasnę.

 

Mogłabym teraz napisać: „i tak w kółko”, ale jakież to niezgodne z prawdą. Prawda jest taka, że jest mi dobrze i odrobinkę za wami tęsknię, więc piszę, licząc głupio, że ktoś zareaguje (i że rozpisując się tak uda mi się przełamać barierę zdania pojedynczo złożonego, o ile coś takiego jest w stanie zaistnieć (przypuszczam, że taki magiczny trik można wykonać jedynie z kartką papieru, nie ze zdaniem) i wznieść się na nowy poziom, przyzwoity, (a może lepiej: dojrzały?) więcej nawet – doskonały – i stworzyć je podrzędnie czy nadrzędnie, niezależnie jak – bardzo złożone, sprytne (a nawet błyskotliwe, nie koniecznie jaskrawe jak błyskotka) i przy okazji piękne – tak, żeby okazało się poprawne). Pozdrawiam was, kochani.

 

niepoprawna KKEO

skomentuj (5)

Kochani! (mniej lub bardziej) 2008-10-07 20:06:05

 Nie udało się. Przyznaję, blog ten nie był trafionym pomysłem. Poza skąpymi wpisami, to tu, to tam, za które serdecznie dziękuję, pierwszoplanową postacią stałam się ja sama. I choć zawsze otwarcie marzyłam o pierwszym planie, w chwili gdy bohater, choćby i w najlepszej kondycji, odgrywający swą życiową rolę, pozostaje na scenie sam, jakakolwiek gra traci sens. Wracam za kulisy.

 

<br> <br>

 

Zostaję przy biurku, na moim spadkowym drewnianym krześle i słowa zatrzymuję tylko dla siebie. Dywagacje filozoficzne i te dotyczące sztuki (w wydaniu skromnym, a nawet – powiedziałabym – dyletanckim) zapisywać będę teraz tylko i wyłącznie na mym prywatnym blogu, czyli na ósmym. Zaciekawionych odsyłam na www.osmydzienmiesiaca.blox.pl.

 

<br> <br>

 

Za to najlepsze słowne konstrukcje zostawiam dla mojej powieści. Postanowiłam zostać pisarzem. Postanowiłam też zostać w kraju, a dokładniej w wiosce Jawornik (z czego moja siostra zrobiła brzmiący elegancją-francją „żaworrrnik”. Uśmiałam się do łez. Dzięki siostro :*). Dlaczego zostaję? Kilka powodów:

1. Mam co chciałam – ucieczkę od świata, dokładnie: w leśne zakamarki.

2. Planuję pracować (a raczej: jestem w trakcie pracy) w języku ojczystym, stąd na razie muszę go mieć pod nosem.

3. Warunki w moim Ż. są więcej niż przyzwoite (słodzenia nie będzie, bo jeszcze rodzina przeczyta, ale mam się dobrze)

4. Podjęłam studia. Nie zdradziłam się wszystkim z tym pomysłem, obawiając się kompromitacji. Udało się. Zaczynam więc moją przygodę z krakowską podyplomówką literacką. Czy okaże się miejscem, którego szukałam? Nie mam pojęcia. Niemniej jeśli nie trafi mnie szlak (czy to los, irytacja, czy po prostu głupota), co drugi weekend zabawię na uczelni, rozwijając swoje umiejętności.

 

<br> <br>

 

Wiem, zarzekałam się, snułam wizje i plany, jakże dalekie od tego, co jest dzisiaj. Pozwolę sobie jednak strawestować pewien żarcik własnego autorstwa, kiedy to po ostatnich Andrzejkach tłumaczyłam się z niedopuszczalnego zachowania: „To Robert Smith się spił, nie ja”. To Ewa w czerni (w żałobie i depresji) snuła te plany, nie ja.

 

<br> <br>

 

Zachęcam was do korespondencji. Bloga nie likwiduję, bo nie czuję się jego właścicielką. Niech sobie wisi w przestrzeni kosmicznej, jak te wszystkie świństwa, wysyłane tam od półwieku. Postanawiam zamilknąć na czas nieokreślony, bo i u mnie pojawił się w końcu termin „deficyt czasu”. Nie byłabym sobą, gdybym nie zakończyła tej spowiedzi cytatem (część z was już nim potraktowałam, ale nie zaszkodzi raz drugi):

„Róbcie cokolwiek, ale niech to sprawia radość. Róbcie cokolwiek, ale niech to wywołuje ekstazę”.

 

Radosna, z przebłyskami ekstazy

KKEO

skomentuj (0)

Pomruki i inne takie podziękowania 2008-09-16 18:34:57

Nie piszecie. Co by nie mówić – wasz upór jest godny podziwu. Wysłuchałam zresztą zwierzeń wrocławskich dzieci, które w ten weekend tłumaczyły się brakiem czasu. Rozumiem ten brak, wychodzę jednak z założenia, że im więcej mam do zrobienia, tym więcej zrobię (dokładnie jest to założenie zaczerpnięte z Kapuścińskiego).

Przypuszczalnie pomyślicie, że łatwo mi mówić, bo się obijam (co w swobodnym tłumaczeniu znaczy tyle, że nie pracuję). Tak jest i jednocześnie nie, ale dajmy spokój tematom zawodowym.

Tu chciałam podziękować dzieciom wrocławskim za ciepłe przyjęcie w mieście: wsparcie psychiczne, bluzganie, piwo i naturalny wdzięk, charakterystyczny dla każdej z was (płeć piękna zdominowała w pełni wrocławskie godziny, chociaż teraz przypominam sobie tego prominenta (co to prominent?) z piątkowego wieczoru, Krzyśka, który musiał wysłuchać, między innymi, moich frustracji, związanych z tłumaczonym na język polski i nadawanym na polskim kanale muzycznym programem o wdzięcznym tytule „słodka szesnastka”. Możliwe, że w polskiej wersji językowej tytuł ten został przełożony nieco inaczej, niemniej wiem o czym mówię i obecni wtedy ze mną w jednym pokoju również). Wracając jednak do sedna: skromny czwartek, przemiła pani w dziekanacie, zmanierowany przeze mnie piątek, kiedy na próżno usiłowałam wyszukać wolne miejsce w Niskich Łąkach, w końcu sobota w towarzystwie prosto z 112 i – nie oszukujmy się – w cukrze.

Ciepłym spojrzeniem witałam się z moimi ukochanymi, utrwalonymi we mnie miejscami wrocławskimi: obdartą bladą ścianą budynku w okolicy dworca, mostem Spokoju czy też Pokoju (wciąż nie jestem pewna) i towarzyszącym mu Muzeum Narodowym, Awangardą, wiaduktem przy Grabiszyńskiej, uroczą kafejką paryską na Nożowniczej i w końcu moim byłym terenem Grunwaldu. Co za szokująca przemiana Dwudziestolatki! Biedne paskudztwo, ale fontanna intrygująca. Za to sklep w drodze do botanicznego, Manhattan, wydział – bez zmian. Z łatwością (pewnie z racji tego, że to zaledwie dwa i pół) wyczułam własny wrocławski rytm trasy, pokonywanej przez tyle miesięcy. Będę tęsknić, ale dzięki zwłoce dziekanatu mam wymówkę by pojawić się tam raz jeszcze, przypuszczalnie finalny (choć nigdy nic nie wiadomo) pod koniec miesiąca października.

Dla dzieci rzeszowskich tylko ta skromna nowina, że w czwartek zawitam do was oblewać moje ćwierćwiecze (nareszcie, choć nieco przed czasem) i – co ważniejsze – ćwierćwiecze (prawie w sam czas) naszej J., która, ceniąc sobie anonimowość, zadeklarowała, że nie zamierza korzystać z tu powstałego forum. Wygląda na to, że nie jedna ceni sobie anonimowość. Może i ja powinnam zacząć? Choć wciąż czuję, że nie mam zbyt wiele do ukrycia (chyba, że wchodzimy na ścieżki zawodowe, potencjalnej konkurencji, potencjalnego zagrożenia, że zaczerpnę z Musierowicz, iż ktoś bezczelny zechce storpedować moje plany). Znalazłam nawet trafny cytat, broniący tę moją postawę, nie pamiętam jednak w czyim dziele. Nie sądzę, abym przypomniała to sobie inaczej niż tylko przerzucając masę posiadanych przeze mnie obcych cytatów (co za urocza sprzeczność!). Nie mam sił tego robić, lecz zaufajcie mi w tej kwestii: opłaca się być otwartym wobec ludzi (parszywie kłamiesz, Ewo! I jeszcze się przy tym uśmiechasz, choć nie jest to uśmiech ani ironiczny, ani też złośliwy, tylko ten trzeci).

Przeraziła mnie wczoraj lektura Lema. Wciąż przechodzę przez „Czas nieutracony”, właśnie zamknęłam połowę, gdzie Lem opisuje holokaust. Do diaska, czytanie tej historii na ławce w Krakowskiej handlowej, pełnej kolorowych (i mniej) ludzi, z banalną muzyczką w tle, to wyjątkowe przeżycie. Musiałam się powstrzymywać ze wszystkich sił, żeby się publicznie nie popłakać, co nie udało mi się w pełni. Na szczęście były to łzy czysto symboliczne, dalekie od charakterystycznej dla mnie histerii. Rozważania na temat tego czy życie jest piękne i komu co jestem winna może zostawmy. To, co pomyślałam, pisząc te słowa, też. W ogóle wpadnie w nutę żałosną jest zupełnie niepotrzebne i nigdzie nie prowadzi. Powinnam przestać więc rozpaczać nad własnym łakomstwem, nad zamachem tajnych służb, które pchnęły firmę G. by stworzyła lody o smaku chałowym (pyszne!), a później dobiła mnie psychicznie kolejnym specjałem: lodami o smaku pistacji. Nie to co wrocławskie italiano, ale ma swoją specyfikę, smak dzieciństwa, zimno i słodycz w jednym. Czy to sukces jeśli, poszcząc w zakresie orzeszków arachidowych w skorupkach, oddałam się wcześniej wymienionym mlecznym, jak i paluszkom z sezamem? Naprawdę, nie musicie odpowiadać na to pytanie.

Dość tych bezeceństw. Czas ułożyć się w odpowiedniej pozycji, pisać, pisać i jeszcze raz pisać, a później w nieprzytomności czytać, żeby nie było samowielbnie, nie siebie, a klasyków.

Adieu!

KKEO wśród drzew i słów

skomentuj (1)

Malinowy początek września 2008-09-02 21:45:02

Któż by przypuszczał, że na początku września można najeść się malin? Pewnie każdy, kto zna się choć trochę na porach owocowania tych jakże uroczych owoców. Za to w moich ukochanych śliwkach pełno się szwendało białego larwowego maciupego, ale nadal widocznego i ruchliwego robactwa. Niemniej śliwki rządzą. Mniam.

Przestałam pisać w pamiętniczku. Przypuszczam, że mam dość samoanalizy. Ileż można. Może w środku przepalił mi się jakiś bezpiecznik i odkryłam – moje nastroje to burza hormonów i meteopatia. Doprawdy, dwie żałosne kwestie, którym należy się wyraźnie i brutalnie przeciwstawić. Rozpiłam się w kawie, zaczynam rozpijać się w herbacie, przy tym w końcu konsumuję twą książkę, dziecko o zmysłowym imieniu, Sabino. A mam tu na myśli „Myśli” Seneki, które czynią ze mnie pierwszej krwi (jest takie określenie? Napisało mi się, bo ładnie brzmi, a – mówiąc między nami – nie mam pojęcia na co może wskazywać. Pokrewieństwo?) stoika.

Czuję się świetnie, choć nie znam dnia ni godziny, również tej, kiedy to podejmę pracę zawodową i przestanę tyle czasu poświęcać na zabawy w literata. Rzeszów wyczerpał mnie kompletnie. Przyznaję, babka koszmar to koszmar, chociaż Seneka na pewno nie byłby ze mnie dumny. Być ponad to, zdecydowanie. Przy tym wciągnęła mnie lektura Lema (rodzinna perwersja czytania kilku książek na raz). Do obywatelki Gaweł: główny bohater, Stefan, podejmuje pracę w szpitalu dla umysłowo chorych! I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie? Oczywiście, rozumiesz tę analogię? Ta tematyka, jakże dla ciebie obecnie aktualna, a podejmowana niejako przeze mnie, w laickiej, cudownie literackiej, pięknej formie, może nas jedynie do siebie przybliżyć. Zauważyłam, że i Lem stawia tu tezę, że jedynie osoby świrnięte zajmują się psychiatrią. Więc to banał. Żeby jednak wyciągnąć z lektury coś smacznego dla wszystkich, macie tu: „Każdy z nas jest jedną z możliwości, która przeszła w konieczność”.

Wracając do Rzeszowa – mam nadzieję nie wracać tam jak najdłużej. Wyjątkiem niech będą moje zbliżające się urodziny oraz przymus rejestracji na liście osób bezrobotnych w miejscu zameldowania. Ale bez paniki, to – przypuszczam – chwilowe. Dlaczego Rzeszów przyprawia mnie o ciarki? Z racji tego jednego niemiłego memu sercu mieszkańca, z racji MPK, przeszłości, do której nie chcę wracać i zbyt niskiego / zbyt wysokiego natężenia hałasu. Kolejny raz przyznaję się do postawy skrajnej – albo grobowa cisza, albo nieznośny jazgot. To by tłumaczyło moje muzyczne wybory.

Wiem, wy też to zauważyliście, prawda? Odkąd przestałam narzekać, a zaczęłam cieszyć się życiem, nie mam nic specjalnie ciekawego do powiedzenia. Miejscowi amanci skupili się na świniobiciu, a mój najnowszy rozmówca to staruszek, który wczoraj wszedł mi na fakty. Pokazywał to na Kwaśniewskiego, to na Tuska, to na Wałęsę i pytał: „Pani zna?”. Miał w tych swoich starczych oczach coś takiego, że wolałam nie przyznawać się do swojego dziennikarskiego wykształcenia, tylko potulnie, jak baranek, kiwałam głową i znacząco wzdychałam, ciesząc się z towarzystwa żelazka i deski do prasowania.

Tutaj, nawiązując do wykształcenia – jeśli nic nie stanie mi na drodze – do Wrocławia zawitam w weekend 12 września. Myślę być w czwartek wieczór, żeby w piątek móc wybrać papiery, ewentualnie zostać do poniedziałku, w tymże to celu. Chciałabym trafić do Niskich łąk, do których to tęsknoty nie zamierzam ukrywać. Ale plany szczegółowe zostawmy na dwa dni przed.

Marcinie, ciebie planujemy odwiedzić w czwartek w składzie: ja (geniusz) i Ania D. czyli drabina (skromny geniusz). Niestety, wyjazd może nie dojść do skutku, jeśli dzieci nie pójdą do przedszkola (kto by pomyślał, na jakie tortury wyrażę zgodę!). Dlatego podtrzymamy cię w niepewności, nie zmienia to jednak faktu, że co obiecałam, to wypełnię. Jak nie czwartek, to zostają jeszcze trzy kolejne dni.

Dziękuję również moim Martom za ciepłe słowa. Martuniu z 633, oczywiście, tęskno mi do instytutu. Ależ mi napisałaś piękny scenariusz! Ten tekst, że go tu przywołam „szkoda, że mam już swoje lata…”. Ech, kochana, szkoda, że nie widziałaś mojej reakcji. Kto wie, czy ta bajka jest do końca pogrzebana. Los to mistrz niespodzianek, niewątpliwie. Czekam właśnie na jedną z nich, dobieram się do kokardy i niedługo dowiem się, co kryje pudełko.

Tu kolejny raz powrócę do śliwki, by napisać, że nawet jak ma robaka to trzy czwarte nadal da się zjeść. Niech będzie to i nawiązanie do wspomnianej przez ciebie goryczy.

Dobrze, kochani, rozpisałam się. Teraz wasza kolej. Może jakieś słówko ze strony jagodowych dzieci? Albo rzeszowskich? Albo od dzieci płci męskiej? Widać, że kończyłam specjalność dziennikarską, nie reklamę, bo nie mam pojęcia czym was tu na moment przyciągnąć. Zły głos w mojej głowie radzi zastosować drastyczne środki. O, naiwny głosie, to by nikogo nie zainteresowało…

Pozdrawiam i przesyłam :* Zdrowiejąca psychicznie albo – jak kto woli – stająca się psychicznie niezniszczalną s. okłamująca się uparcie w kwestii cukru

KKEO

skomentuj (2)

Księga Gości